poniedziałek, 28 stycznia 2013

Przypłynęła





To odpływ, czy mądrość głębin
na cud twojego istnienia za groblą,
w zarodku oceanu głaz zaczarowały…
Z mostu każdy choć cienia ciebie,
jak szczęścia, wypatrywał
porzucając drogę dla oczu po horyzont.

Zachody układały tarczę we wszystkich toniach,
wschody powstawały mnogością odcieni…
Uwięziłaś czas w pragnieniu.

Mówiono, żeś samotna najpewniej,
skryta przez to okrutnie najpierw sobie.
Tyle razy cielska rudych alg
pozbawione okrycia czekały przypływu…
Ściany mgły, albo deszczu,
do wyboru w gęstości i wielości szarego
przybywały i odchodziły od skał,
a ty ukryta – milczałaś.

W południowym odpływie
przywarłaś do kamienia,
algi zamarły dla ciszy.
Nie mówił fiord, most dumniej wypiął łuk…
Zanim ocean,
przed powrotem z odpływu,
po wyspach rozesłał wici                 
- foka na kamieniu!

pod słońce cię wypatrzyłam…




niedziela, 16 grudnia 2012

A inni śpią





Na śnieg, który tylko postraszył, że już będzie padał i padał, z wysokiego nieba leci deszcz. To co może wypełniać człowieka… jeśli tak samo na brzegu zatoki, na ulicy,  na polu przylegającym do miasta.
A rybak musi wypłynąć, listonosz trafić kartką świąteczną do skrzynki którą obszczekuje pies… lekarz w karetce pędzącej na sygnale nie może bać się gołoledzi… starucha poczłapać do sklepu, bo też chce wierzyć, że stać ją, żeby jakoś te święta…

W końcu zapadnie noc i wcale nie będzie się wysilać, żeby wszystkim przynieść kojące sny.  Nie ma takiej potrzeby, nie ma w tym interesu. Jest czarna, więc i tak nikt nie będzie widział czy wstydzi się egoizmu z którym jest jej tak dobrze.
Nie bądź mi nocą… możesz zawołać. Tylko po co… Echo przybiegnie od grubego muru i obejmie jak zmoczona deszczem koszula. Będzie jeszcze trudniej a żal… tylko spęcznieje.
Zostaną oczy – wypatrujące ciepłej plamy na ukrytej w mroku ścianie.
Minuty… minuty… minuty…
To noc, teraz do przyjaciół się nie dzwoni…  
Kiedyś po północy rodziły się słowa. Gdzieś uciekły i nie wracają. Tłumaczą, że lepiej im milczeć.
Deszcz na śniegu…
Minuty…





poniedziałek, 10 grudnia 2012

Kiedyś i miłość umiera




Wybranym daje w upominku
drugi brzeg, chwyciwszy za dłonie
do przeprowadzenia.
Przedtem zamienia serce w - bez koloru.
Pozostałym przygląda się
z zastygłym szyderstwem.
Nurzając w cierpieniu odchodzenia
chce, by jeszcze na ziemi
sami błagali o przejście,
katorgi znieść nie mogąc.
Mówienie - ciesz się każdym dniem!
- nic nie znaczy.
Ciało stygnie. Miłość umiera,
jeśli nie zrobiła tego wcześniej…







piątek, 23 listopada 2012

Przed nieznanym





I czas już nie ten sam, i rok ciężar zmienia.
Mimo to – nie dostajesz zgody
na zerwanie więzów, pęt prawie,
z życiem, które kulawe, ale ręce
i nogi - wciąż ma w dobytku.

Starość przenika nie tylko ściany
z cegieł jeszcze czerwonych.
Ciepłe kiedyś dłonie wymienia
na chłodne dotknięcia.
Pamięci odbiera kolory,
kieruje oczy w szarości.

Bądźmy laskami…
Ty moją, ja twoją.
Zaprowadzimy się do parku
ostatniego cudu
i tam, udając, że tylko
chwilę odpoczniemy wśród zieleni,
przymkniemy oczy…

Jakbyśmy chronili je
przed ostrym dnia słońcem.
Oszukamy siebie
ten jeden raz…
Nie podniesiemy powiek.
I sobie odejdziemy…
Mimo braku zgody.