Przyszła noc, zimą chłodna, lodem szklista, śniegiem rozjaśniona.
Wypędziła koty z dachów. Psom ogony zmroziła. Za wcześnie się wprosiła do
lasów, na pola, w ogrody i podwórka. Zaczęła kaleczyć i zabijać. Piękna i
groźna. Zatrzymała serca. Przestały bić w jej nocnych, lodowatych ramionach.
To brzydka jej twarz.
Ma dwie, ta druga jest inna. Rozjaśniona dalekim księżycem, w którego
świetle kołysze się nieśmiała miłość. Dziecko zasypia. Gwiazdy spełniają
marzenia.
Noc z awersem i rewersem.
Osadzić na barkach nocy odpowiedzialność za czarną samotność? Wykrzyczeć
jej w twarz strach ciszy i pragnienie - chociaż oddechu obok?
Lata, pochylając plecy, wzmacniają cierpienie - patrzenia za okno.
Rozmawiania z uliczną latarnią i kołyszącą się, zmarzniętą, bezlistną gałązką.
Na ulicy nie ma słów, które nie wróciły przed nocą do pokoju. To prawda. Ale
może przejdzie spóźniony człowiek, albo przemknie bezpański pies. Wtedy można,
chociaż przez chwilę, zająć się jego dolą,
zapomnieć o mroku, nieznośności bezsennej północy.
Witaj.
Noc… silnych, bezsilnych i zrezygnowanych. Uniesionych szczęściem i
tonących w bagnie niemożności. Szczęśliwie i tragicznie zakochanych.
Powracających do żywych i odchodzących, przeważnie przed pierwszym świtem.
Ubrana w ciemną sukienkę nie odpowiada na pytania – dlaczego tak… długo trwa,
aż przywita się, przechodząc mostem świtu, z rankiem. To, że jest panią
zaciemnienia dodaje jej mocy, którą pokonuje ducha tych, którzy szukają jej
oczu, bo w nich chcą odnaleźć odpowiedź na pytanie – dlaczego oni…
Po co znowu nie śpią, chodzą od okna do okna, siadają w fotelu, potem
wstają, przynoszą z kuchni herbatę której nie dopijają, siadają, idą do okna,
odchylają firanki, wracają w mrok… szczęśliwi, że nie wyją, w taką noc, z bólu
- w szpitalu.
R., 03.12.2010