Zagrzmiała cisza wieczna,
rwana krzykiem wnętrza ziemi,
widzianej za wcześnie raz ostatni.
Rozrzuciły się ręce, pogubiły nogi,
oczy zastygły
w niepotrzebnym już cieple dnia.
Płacz urósł w chór dotąd niesłyszany.
Wypełzły na szczelinami
zryte ulice
- ludzkie potwory.
Głód wzniecił pożary bezwzględności.
Życie, albo kromka chleba!
Ocalałe dzieci skradzione, sprzedane,
wywiezione do piekieł nieznanych.
To - tam, daleko, w biednym kraju.
Tu - zima psoty czyni.
Siarczyste mrozy na pola gna
i między domy.
Będzie ślub. Dziecię się urodzi.
Naiwni zadają pytanie – jest praca?
Chory za długo szuka pomocy.
Bez wrażliwości, zastanowienia
zły przepis życiorys skraca.
Napad na skraju parku był w nocy.
Grają w Kosmosie dobry film.
Upadły firmy.
Zamarzł N.
Polecieli ratownicy.
Wśród ruin, niezebranych ciał,
padły strzały.
Żyją!
Chaos.
Bezradność.
W jądrze śmierci mord i gwałt.
Na tej samej ziemi - odmienne światy.
Tron bezduszności zajął Wielki Pan Głód.
Mocarz umorzył dług.
Odchodzi w zapomnienie
ogrom przerażenia, bólu, rozpaczy,
płaczu z bezsilności.
Za morzami skłębieni
martwi i żywi.
Czekają ranni.
Spokojnie zapada
noc.
R., styczeń 2010