niedziela, 12 czerwca 2016

Podłe skutki mycia okien





Zdjęcie z Netu/Wiki



Brudzą się już w myciu, taki przy nich kurz z ulicy i pylących drzew. Chciałyby lśnić codziennie szklana czystością, ale to niemożliwe, bo kto by miał siły i cierpliwość zagłaskiwać je ciągłym myciem.
Wczoraj były tak utytłane spacerami much po nich i kurzem unoszącym się spod kół samochodów, że dostały solidne lanie i wycieranie. Lśniły w słońcu blaskiem dumy, że ma jeszcze ktoś wolę, żeby o nie zadbać w sposób obiecujący, że nie ostatni raz.
A i oczy, które teraz mogły przedzierać wzrok przez tak zadbane tafle, trwały w zachwycie zatrzymując się na niezmąconej zieleni, wielości barw kwiatów i nawet na czysto niebieskim
niebie. To dniem, bo nocą, to na ciekawie rozgwieżdżonym.
O świcie za to, wypieszczone okna zerkały w głąb pokoju, w stronę niewielkiego stolika obstawionego dwoma fotelami, zdobytymi... prawda jest taka, że uratowanymi od wyrzucenia.
W jednym z nich siedziała kobieta, której włosy nie chcą szybciej odrastać, tylko grzebią się w tej sprawie jak zaczarowane. Ukradkiem sączyła mocną, gorącą kawę, popijając równie gorąca wodą.
Nie lubi lury, dlatego tak łagodzi skutki zażywania tego, co zabronione. Zapach kawy wszedł we wszystkie kąty mieszkania, dlatego obudził tego, kto powinien przyzwoicie spać dalej i nie rozpraszać rytuału picia. Powtórka „Mai w ogrodzie” wciągnęła oboje, bo ogrody to ten promil przyrody, który nawet najbardziej poturbowanym przez pospolite najczęściej życie, daje cudowne zapomnienie się w chwili, a wielu nawet jest w stanie poprosić – trwaj.
Oboje teraz komentowali, jedno z kawą, drugie bez, wiedzę którą już mieli, ale Maja przypomniała, że agawa płaci cenę życia za jedyne w nim kwitnienie, gdy usłyszeli głuche stukniecie. Zastanawiali się, co mogło się stać o tej porze dnia wstającego pogodnie, choć chłodno.
Kobieta podniosła się z fotela i poszła szukać powodu zdarzenia, które, czuła to, nie mogło być miłe. Za dużym oknem zobaczyła ptaka i już zrobiło jej się migotliwie w pobliżu żołądka. Rozpoznała go jako szpaka*, ale z chwilę wiedziała, że się myli. Tylko wielkością był porównywalny. Od razu wiedziała, że ptaszyna rozbiła się na wyczyszczonej dzień wcześniej szybie
okiennej. Przywołała pozbawionego kawy, bo sama nie potrafiła ogarnąć tego smutnego zdarzenia.
Usłyszała – znajdź jakieś pudełko po butach. Przyniosła i wyścieliła miękkimi, papierowymi chusteczkami. Ptak był już w czule, delikatnie trzymających go, silnych dłoniach. Te ręce ułożyły skrzydlaka w pudle. Nierozpoznany sam przełożył się na bok, kilka razy westchnął, zamknął do tej pory rozwarty dziobek i otwarte oczy, znalazł się w innym wymiarze, którego my jeszcze nie znamy, ale bardzo bronimy się przed poznaniem takiej tajemnicy, chociaż z natury jesteśmy ciekawscy.
Ptak leży w pudle, jeszcze nie przybył pomysł, jak go schować przed światem z którym w taki przypadkowy sposób się pożegnał.
Kobieta z kawą i mężczyzna bez filiżanki obwiniają się o tę ptasią śmierć dlatego, że mogli poczekać z myciem szyb. Zachciało się im klarownych, niezmąconych widoków. Pokurzone tafle ostrzegałyby ptaki.
Pozostałe przy życiu, najczęściej wróble, kosy i szpaki, synogarlice – bez przerwy coś mówią z krzaków, dachów i drzew oraz nieskoszonej trawy. Z trawą nie będzie tak fajnie, bo jakiś czas, aż do zapomnienia niemiłego ranka, kobieta nie pozwoli jej skosić.





R.,, 07.06.1016

* to była samica kosa, tak myślę, bo prawie identyczna ze znalezioną w Necie

sobota, 4 czerwca 2016

Bociany, sokoły i bunt na zastane


Wczoraj bocianka i dorodne jej młode wypchnęły najsłabsze na skraj gniazda. Pozbyły się też niewyklutego jaja. Maluch błagał, prosił... nie można było tego słuchać. Uciekłam z zaglądania do nich - do sokołów, chociaż i one jak diablątka... niektóre katrupiły potomstwo i skarmiały nim pozostałe.
Żałuję, że zaczęłam podglądać gniazda. Lepiej mi się żyło w niewiedzy, nie musiałam powtarzać pytań, dlaczego akurat tak pomyślany jest sposób na trwanie.
Dobrze, że dzień wcześniej w Kosakowie był wernisaż Czesi. Jej sposób przedstawiania świata ma w farbie ciepło, dobroć, przychylne zaproszenie do wędrówki z kolorami. Miejsce tego wydarzenia dało też inną radość – stamtąd już tylko chwila do Zatoki, a tam... Horyzont w kondycji budzącej zazdrość, tuż przed nim prom, w pobliżu statki zatrzymane siłą nie tylko wody, która potrącając je, pędziła, zdawało się na oślep, ku brzegowi, na którym Ona – szczęśliwa, że znowu z nimi.
Wiatr chłodził wciąż wystraszone plecy i obiecywał, prawie przysięgał, że jeszcze rozwieje Jej włosy; niósł pokrzykiwania wody, pienił ją w falbany, wpuszczał pod wodną skórę kolory wieczoru, który niósł strzępy minionego szczęścia do pamięci, a najnowsze niepokoje do nieczucia.
Brzeg był wolny od ludzi, psów, ale nie od pozostałości po nich. To zawsze posypuje smutkiem przeżywanie radości - niesionej na łamańcach fal. Takim wieczorem trzeba pominąć złość na zastane i zabierać, podkradać do jestestwa to wszystko, co wysławia morze. Nurzać marzenia w cieple zachodu i chłodzić w wilgoci życzliwego wiatru, dać wygadać się falom... nie powiedzą wszystkiego, ale przecież to nie zbrodnia, tylko dowód, że można im powierzyć nawet najgłębsze myśli, bo nie powtórzą...




R., 04.06.2016


niedziela, 17 kwietnia 2016

Sokoły i Skwer Kościuszki

Witajcie 26.04.2016 roku jeszcze chłodnego.

Wróciła od lekarza. Wynik CA125 troszeczkę lepszy od poprzedniego.
Pod koniec lipca kolejny tomokomputer całego brzuszyska, a w sierpniu znowu pojedzie do lekarza.
Zanosi się na to, że do połowy lipca mamy spokój i nie musimy przejmować się Jej chorobą.
Ona bardzo wszystkim dziękuje za każde słowo, które niekiedy czytała kilka razy dziennie, a wzruszenie sprawiało, że łzy lały się jak wyspowy wodospad w porze deszczowej.
Do lekarza miała pojechać autobusami, chciała być dzielna i udowodnić, że sobie radzi, ale przyjaciele ją podeszli jak sarnę na polanie i zawieźli pod przychodnię.
Miała wracać sama, ale oni znowu byli sprytniejsi i udowodnili, że mieli sporo spraw do załatwienia akurat do czasu Jej wyjścia od lekarza.
To nie był koniec kombinacji przyjaciół. Zapytali, czy zgodzi się, żeby pojechali jeszcze Skwerem Kościuszki.
Świętojańską jedzie się wolno, ale warto, bo po drodze można zobaczyć jak budowany jest okazały, nowoczesny apartamentowiec, w którym mieszkanie wykupiła znana aktorka. Zrobiła /ta aktorka/ piękne zdjęcia Gdyni, morza. Naniesiono je na banery i przytwierdzono do ogrodzenia, które chroni budowę. Po mieście krąży plotka, że co jakiś czas któryś ginie.
Na Skwerze już rojno. Dziś pogoda była słoneczna, ale wietrzna. Zwiedzający cumujące żaglowce mieli przedsmak przygód na morzach i oceanach. Fale niecierpliwe, stalowe, jednak nie szalone.
Poczciwa "Róża Wiatrów" nie doczekała się unowocześnienia. Zewnętrzny strój bryły budynku
nie nadąża za obecną modą.
I tak Gdynia pięknieje. Szklane domy Żeromskiego właśnie w tym morskim mieście są spełnieniem Jego marzeń.
Na Kamienną Górę już można wjechać kolejką. Może niedługo Ona też spróbuje, bo od czasu jak przeczytała "Tak trzymać" Fleszarowej, to miejsce jest dla Niej symbolem walki i patriotyzmu. Tak kochani, w gdyńskie ulice też wsiąknęła krew ostatniej wojny.

Kochani, dziękuję wszystkim za obecność przy mnie w chwilach, których nikomu nie życzę, w takich, kiedy wyje się dzień i noc, a o północy nawet księżyc nie może tego wytrzymać.
Ściskam Tych, którzy tu skrobną coś i Tych, którzy zaglądają, bo pamiętają.
Dzisiaj zostawiam kawę, herbatę i gruzińskie wino.
Obserwuję sokoły, ale nie jestem tam zalogowana i nie komentuję, jakakolwiek zbieżność imion jest przypadkowa. Poniższy link jest na Gdynię, ale można z niego trafić na gniazda w Gdańsku, Warszawie, we Włocławku i w innych miastach.
Dobrej pogody w sercu i za oknem życzę Wszystkim.




sokoły

http://peregrinus.pl/pl/gdynia-edf-podglad/276-gdynia-edf-wprowadzenie



orły

http://pontu.eenet.ee/player/merikotkas.html










piątek, 4 marca 2016

Ze strachu



Co czas pozostawi spadkobiercom,
czy tylko nasza wola?
Przyjąć zechcą, czy odrzucą...
jak teraz, kaligrafowane
doświadczeniem słowa
i przestrogę.
Istnienia przepadają,
a dzwony nie płaczą trwogą.
Wybijają godziny z grafików.
Wszystko to nic - zakrzyknąć!
Czepimy się wiosny, każdego
odważnego kwiatu
i skrzydeł nadlatującego żurawia.
Mówiła, że już są.
Jej wierzyć można,
bo wciąż oczami w lesie
i na polanie,
tam zwierz i ptak
głos niesie do słuchania
nad nurtem rzeki.
Dopóki oczy patrzą
pisze się piękno.
Dlaczego jest słabsze,
coraz rzadziej się unosi
nad zepsutym światem
walczących o...
pierwszeństwo zabijania!
„Zapamiętaj imię”
kto powstrzyma.




R., 16.03.2015

piątek, 19 lutego 2016

O sile zapatrzenia






Czy jeszcze widzisz światło wiernych oczu,
którym chcą pisać nowe razem chwile,
wyzwalać siły byś chciał zawsze przy mnie
dotykać szczęścia gdy krzyczą motyle.

Beze mnie jesteś ślepcem bez podpory,
Kretem w tunelu na jałowej ziemi,
Byłbyś radością i miłością wierną
Trwałą jak diament, ale tylko ze mną.






R.
Napisany w komentarzu u S. 23.02.2015

wtorek, 22 grudnia 2015

Niewiara przygina pewność




brata się z dniem bez warunków
nie pyta czy z miana ostatni
z niebieskiej przestrzeni
odcień zdrapuje gołębia
czy wróżbity
a może wypełnionego
ziarnem trwałej tajemnicy
prześmiewcy
chociaż droga posłańca
innym celom wyznaczona

szuka linii przed którą
i za którą patrzeć z wysoka
to poznać grzechy ziemi
w postaciach schowane
a ich skóry jeszcze
nie uniformem pokutnym
choć serce bez bicia
dzwonu daje się słyszeć
echem zachwianym

wsłuchuje się w najdoskonalsze
pieśni o przetrwaniu
spisane jak testamenty
wszystkim doskonałe
w odczytaniu dziedziczenia

to skąd trwożna niepewność
bezzasadna w sprawie jutra
w pierwszej roli granej
na deskach wieczoru łatanego
nieśmiałą a może
przepędzoną nadzieją
że po nocy wietrzne słońce
na pewno nie wypłoszy
obiecanego życia





R., 08.03.2015

czwartek, 26 listopada 2015

Którym wiatrem



Wiatr nie mógł być przyjacielem tego dnia. Niczyim i niczego. To, co wewnątrz rozdzierało siłą jego pierś i gnało szaleństwem, było mu nieznane. Nie miał żadnej mocy, by zwyciężyć obcą potęgę i uspokoić się. Musiał pędzić, przewracać, wyrywać, a im więcej niszczył, tym był potężniejszy.
Nie miał czasu na myśl. Czuł, że znalazłaby sposób, rozwiązanie, odpowiedź – jak przeciwstawić się temu, co obce w nim.
Potrzebował, jak człowiek tlenu i wody, sekundy na myśl. Na czymś musi się na tę jedną, maleńką chwilę zatrzymać. Pozbyć tego, co go odmienia. On jest przyjaznym wiatrem, chłodzącym, muskającym, przynoszącym ulgę. Nie jest tym, czym właśnie jest. Wie, że w tej potrzebie myśli - nie ma sensu. Ale on naprawdę, wbrew sobie, nie jest sobą.
Udało mu się pomyśleć! O mało co, czyniąc szkody, niszcząc - nie zdążyłby wiedzieć, że myślał. Już wie, i teraz, niedługo, będzie się odzyskiwał. Wracał w jestestwo. Łagodniał. Pokorniał.

Pewnego dnia zawładnie nim Ulewa – nie wie, co wtedy będzie, którym Wiatrem przy Niej się stanie.

Witaj.
Czy nie czas na naszą kawę?






R., 20.06.2009

sobota, 7 listopada 2015

Do Zagórskiej Strugi

 
Zagórska Struga



Listopad przejął wszystko po październiku - bez żenady. Pyszni się ciemnym złotem. Chwali uratowaną zielenią. Aż chce się żyć, być – jest taki pachnący, szeleszczący, przenika spokojem.
Najbardziej za miastem. Tam asfalt gubi się w piaszczystej drodze. Albo przejmuje go przedwojenny bruk, który zaprowadzi do listopadowego lasu, dyrygowanego lekkim wiatrem, łapiącym ledwie korony drzew. One szumią śpiewnie.
Witaj.
Jest pewna, że pójdziesz dziś zatopić się w rudym złocie. Jeszcze raz szeleścić liśćmi pod butami. Ot – tak bez celu, przed siebie, krok za krokiem. Nawet mówić się wtedy nie chce, bo jest tak pięknie rudo. Dojdziesz tam, gdzie po jednej stronie bruku wzgórze; po drugiej - bagienna, podmokła dolina, polany, zabudowania. Odgłosy szczekania podwórzowych psów. Jakieś krótkie zdania też się stamtąd przyniosą - aż do drzew. Wysokich, smukłych, wiekowych, zasłużonych, uczepionych wzgórz…
Cały czas powtarzać będziesz – jak tu cicho, pięknie. Dobrze.
Liście pozwolą lekko unosić się wiatrowi. Te, które opadną na brzegach drogi, wciąż szeleścić będą jeszcze, bo lubisz zanurzać stopy w ich głębi i czubkiem buta rozgarniać. Będą szeptem zdradzać ci leśne tajemnice - by nie rozpraszać myśli.
To takie chwile, czas, kiedy nie czujesz minionych lat - zapamiętując wciągnięte powietrze, jego leśny skład, przemienisz w zapach twojej jesieni. Tego, czego chcesz - może jutro? Za rok? Byle było, to zdarzenie - nie tylko w snach.
Między wzgórzem zarośniętym bukami a doliną, za nią znowu leśnymi wzniesieniami – powrócisz pamięcią do trudnych chwil. Nie wiesz, dlaczego tak mocno zapisanych. Jesteś…. Za tobą za dużo - ale...
Tu pięknie. Teraz. Chcesz widząc – czuć bez regulacji pochłaniania; także rudość nad rudością wymalowaną zdobionymi nią gałęziami. I niebo niebieskie nad złotymi koronami, maźnięte smugami bieli.
Dziś nie możesz. Przez te myśli przed drogą, natrętne, nie do schowania, niechciane.
Wciąż szeleszczą liście pod butami. Zatrzymują przed rozwidloną strugą.
Ona nowym głosem w lesie - rytmicznego pluskania wody, gdy haczy o jedyny tu kamień. I jeszcze o zatrzymane przy brzegu gałęzie. Mimo to - cicho ci tak kojąco bezmiernie.
Drżą plecy przywalone wspomnieniami. Mówisz drzewom głośno – dość dzisiaj!
Nic nie poradzisz. Wciąż kochasz. Odejście przetrąciło za mocno.
Łzy już nie kapią. Wciąż raną wnętrze.
Wracasz.
Liście z gałęzi dotykanych wiatrem proszą szeptem – wróć do nas, choćby do strugi, kiedyś jeszcze. Przyjdź też wtedy, kiedy na gałęziach nas już nie będzie.








R., 02.11.2009




poniedziałek, 2 listopada 2015

Tajemnice skurczonego czasu




Siedziała na ramie roweru, którego kierownicę trzymały mocne ręce mężczyzny. Powinna wiedzieć, że jest bezpieczna, jednak w Jej tętnicach płynął strach. Pomyślała: jak dobrze, że wokół trawa, nie powinnam mocno się potłuc.
Nie spadła, byli już na prostej, strach został.
Nad ulicami chmury tworzyły siwy mrok, brak światła dokuczał i potęgował niepokój. W ogromnym pomieszczeniu, udającym miejsce dla ciepłych spotkań, słuchacze czekali na recytację wierszy autorów dotąd nieznanych. Musiała wyjść… Przecież nic nie zrobiła, niczemu nie jest winna, dlaczego…
Dlatego, odpowiedział Głos, bo twoich nie przeczytają, a cudzych nie rozumiesz!
Co on mówi, przecież wiem, czuję jeśli i ten, kto pisał, nie skąpił duszy.
Na ulicy siwe chmury odkryły stalowe cienie ogromnych ptaków. To dropy nauczyły się latać? Strusie?
Nadlatywały, mnożyły, było ich więcej i więcej, a ludzie zrozumieli, że muszą uciekać.
Znikali w swoich domach.
W tym mieście swojego domu nie miała. Za rogiem stal jeszcze jeden, cudzy, z drewna, białą farbą pomalowany budynek. Drzwi były otwarte. Pędziła schodami, wydawało się Jej, że mogłaby przez ten czas dobiec już do nieba.
Drogę zagrodziły drzwi bez klamki, z gałką. Ktoś mógłby je otworzyć… ale nie bez opłaty.
Na gałce Zbawca zawiesił złoty krzyżyk z łańcuszkiem. Trzeba było wziąć w ręce krzyżyk, by drzwi rozwarły się. Za późno dotknęła krzyżyka, musiała biec schodami w dół. Na ulicy nalot stalowych cieni ptaków narastał.
Pędziła w ciemność.

O trzeciej rano.

Strach siedział w Niej jeszcze jak żywy, namacalny, bezwzględnie realny. Światło w kuchni wzięło się zza niezasłoniętego okna, za którym wartę trzymały uliczne latarnie. Pomagał im słaby w blasku księżyc. Zawsze na stole stoi czuwająca filiżanka. Woda zagotowała się szybko. Poczuła kawę zanim pierwszy łyk rozlał się spokojem. Świadomość, że zaraz się napije – mogłaby wystarczyć. Od razu w głowie stanęła myśl, że oszczędzanie siebie niczemu już nie służy, i spokojnie, bez udziału wątpliwości, może się napić.
Potem dzień pozwolił mgłom chłodem otulać domy i ludzi, jesienne trawy, bezlistne i te kurczowo trzymające ostatnie kolory, drzewa.
Nastrój dnia wciąż mazał po płótnie nocy pędzlem niepokoju, mimo południowego słońca.
Witaj.
Im dłużej jesteśmy, tym więcej wątpliwości zagląda do oczu. Zaczynamy omijać lustra, nie chcemy przyjąć tego co widzą inni, kiedy na nas patrzą. Uczucia zawijamy w szary papier z zapomnienia i mówimy, że jesień jest piękna, ale tylko za oknem. Zostają tajemnice serca.
I skurczony czas...
Listopad wyjątkowy w tym roku. Nie zatrzymamy go. Tak jak nie dało się przywiązać wiosny, lata...
Została kawa. Pozdrowienia.





R., 03.11.2015

środa, 14 października 2015

Pusta dłoń /jesiennie/


Brązowy liść obok żółtego
na ziemi otula kasztany
pozbawione kolczastych łupin
i żołędzie
po które do miasta
nie wejdzie zwierzyna.
Wiatr prawie nie napina
białych żagli,
zapadły w sen zimowy
przy fiordzie w marinach.
Dzikie wino
uczepione ścian
czerwienią zachwyca oczy.
Złocisty zachód
opuszcza pomarańczową tarczę
za zziębniętymi górami.
Wiatr wyostrzył węch.
Do przewiania
szuka odkrytej ofiary.
Fala zimna,
zmartwiona,
odesłana w samotność,
szuka starego przyjaciela.
Bez myśli
schłodzona dłoń
dosięga kasztana.
Wypadł z niej,
nie wiedzieć - dlaczego?
A miał w niej być na szczęście.
Dobrą wróżbę.
Przepowiednię
nieznanego losu.
Odpędzenie złego.
Miał - lecz wpadł do wody.
Zostawił małe kręgi.
Zniknęły w wieczornej tafli.
Bez zapamiętania.
Na jutro przysięgi.



H., 02.10.2009