piątek, 4 marca 2016

Ze strachu



Co czas pozostawi spadkobiercom,
czy tylko nasza wola?
Przyjąć zechcą, czy odrzucą...
jak teraz, kaligrafowane
doświadczeniem słowa
i przestrogę.
Istnienia przepadają,
a dzwony nie płaczą trwogą.
Wybijają godziny z grafików.
Wszystko to nic - zakrzyknąć!
Czepimy się wiosny, każdego
odważnego kwiatu
i skrzydeł nadlatującego żurawia.
Mówiła, że już są.
Jej wierzyć można,
bo wciąż oczami w lesie
i na polanie,
tam zwierz i ptak
głos niesie do słuchania
nad nurtem rzeki.
Dopóki oczy patrzą
pisze się piękno.
Dlaczego jest słabsze,
coraz rzadziej się unosi
nad zepsutym światem
walczących o...
pierwszeństwo zabijania!
„Zapamiętaj imię”
kto powstrzyma.




R., 16.03.2015

piątek, 19 lutego 2016

O sile zapatrzenia






Czy jeszcze widzisz światło wiernych oczu,
którym chcą pisać nowe razem chwile,
wyzwalać siły byś chciał zawsze przy mnie
dotykać szczęścia gdy krzyczą motyle.

Beze mnie jesteś ślepcem bez podpory,
Kretem w tunelu na jałowej ziemi,
Byłbyś radością i miłością wierną
Trwałą jak diament, ale tylko ze mną.






R.
Napisany w komentarzu u S. 23.02.2015

wtorek, 22 grudnia 2015

Niewiara przygina pewność




brata się z dniem bez warunków
nie pyta czy z miana ostatni
z niebieskiej przestrzeni
odcień zdrapuje gołębia
czy wróżbity
a może wypełnionego
ziarnem trwałej tajemnicy
prześmiewcy
chociaż droga posłańca
innym celom wyznaczona

szuka linii przed którą
i za którą patrzeć z wysoka
to poznać grzechy ziemi
w postaciach schowane
a ich skóry jeszcze
nie uniformem pokutnym
choć serce bez bicia
dzwonu daje się słyszeć
echem zachwianym

wsłuchuje się w najdoskonalsze
pieśni o przetrwaniu
spisane jak testamenty
wszystkim doskonałe
w odczytaniu dziedziczenia

to skąd trwożna niepewność
bezzasadna w sprawie jutra
w pierwszej roli granej
na deskach wieczoru łatanego
nieśmiałą a może
przepędzoną nadzieją
że po nocy wietrzne słońce
na pewno nie wypłoszy
obiecanego życia





R., 08.03.2015

czwartek, 26 listopada 2015

Którym wiatrem



Wiatr nie mógł być przyjacielem tego dnia. Niczyim i niczego. To, co wewnątrz rozdzierało siłą jego pierś i gnało szaleństwem, było mu nieznane. Nie miał żadnej mocy, by zwyciężyć obcą potęgę i uspokoić się. Musiał pędzić, przewracać, wyrywać, a im więcej niszczył, tym był potężniejszy.
Nie miał czasu na myśl. Czuł, że znalazłaby sposób, rozwiązanie, odpowiedź – jak przeciwstawić się temu, co obce w nim.
Potrzebował, jak człowiek tlenu i wody, sekundy na myśl. Na czymś musi się na tę jedną, maleńką chwilę zatrzymać. Pozbyć tego, co go odmienia. On jest przyjaznym wiatrem, chłodzącym, muskającym, przynoszącym ulgę. Nie jest tym, czym właśnie jest. Wie, że w tej potrzebie myśli - nie ma sensu. Ale on naprawdę, wbrew sobie, nie jest sobą.
Udało mu się pomyśleć! O mało co, czyniąc szkody, niszcząc - nie zdążyłby wiedzieć, że myślał. Już wie, i teraz, niedługo, będzie się odzyskiwał. Wracał w jestestwo. Łagodniał. Pokorniał.

Pewnego dnia zawładnie nim Ulewa – nie wie, co wtedy będzie, którym Wiatrem przy Niej się stanie.

Witaj.
Czy nie czas na naszą kawę?






R., 20.06.2009

sobota, 7 listopada 2015

Do Zagórskiej Strugi

 
Zagórska Struga



Listopad przejął wszystko po październiku - bez żenady. Pyszni się ciemnym złotem. Chwali uratowaną zielenią. Aż chce się żyć, być – jest taki pachnący, szeleszczący, przenika spokojem.
Najbardziej za miastem. Tam asfalt gubi się w piaszczystej drodze. Albo przejmuje go przedwojenny bruk, który zaprowadzi do listopadowego lasu, dyrygowanego lekkim wiatrem, łapiącym ledwie korony drzew. One szumią śpiewnie.
Witaj.
Jest pewna, że pójdziesz dziś zatopić się w rudym złocie. Jeszcze raz szeleścić liśćmi pod butami. Ot – tak bez celu, przed siebie, krok za krokiem. Nawet mówić się wtedy nie chce, bo jest tak pięknie rudo. Dojdziesz tam, gdzie po jednej stronie bruku wzgórze; po drugiej - bagienna, podmokła dolina, polany, zabudowania. Odgłosy szczekania podwórzowych psów. Jakieś krótkie zdania też się stamtąd przyniosą - aż do drzew. Wysokich, smukłych, wiekowych, zasłużonych, uczepionych wzgórz…
Cały czas powtarzać będziesz – jak tu cicho, pięknie. Dobrze.
Liście pozwolą lekko unosić się wiatrowi. Te, które opadną na brzegach drogi, wciąż szeleścić będą jeszcze, bo lubisz zanurzać stopy w ich głębi i czubkiem buta rozgarniać. Będą szeptem zdradzać ci leśne tajemnice - by nie rozpraszać myśli.
To takie chwile, czas, kiedy nie czujesz minionych lat - zapamiętując wciągnięte powietrze, jego leśny skład, przemienisz w zapach twojej jesieni. Tego, czego chcesz - może jutro? Za rok? Byle było, to zdarzenie - nie tylko w snach.
Między wzgórzem zarośniętym bukami a doliną, za nią znowu leśnymi wzniesieniami – powrócisz pamięcią do trudnych chwil. Nie wiesz, dlaczego tak mocno zapisanych. Jesteś…. Za tobą za dużo - ale...
Tu pięknie. Teraz. Chcesz widząc – czuć bez regulacji pochłaniania; także rudość nad rudością wymalowaną zdobionymi nią gałęziami. I niebo niebieskie nad złotymi koronami, maźnięte smugami bieli.
Dziś nie możesz. Przez te myśli przed drogą, natrętne, nie do schowania, niechciane.
Wciąż szeleszczą liście pod butami. Zatrzymują przed rozwidloną strugą.
Ona nowym głosem w lesie - rytmicznego pluskania wody, gdy haczy o jedyny tu kamień. I jeszcze o zatrzymane przy brzegu gałęzie. Mimo to - cicho ci tak kojąco bezmiernie.
Drżą plecy przywalone wspomnieniami. Mówisz drzewom głośno – dość dzisiaj!
Nic nie poradzisz. Wciąż kochasz. Odejście przetrąciło za mocno.
Łzy już nie kapią. Wciąż raną wnętrze.
Wracasz.
Liście z gałęzi dotykanych wiatrem proszą szeptem – wróć do nas, choćby do strugi, kiedyś jeszcze. Przyjdź też wtedy, kiedy na gałęziach nas już nie będzie.








R., 02.11.2009




poniedziałek, 2 listopada 2015

Tajemnice skurczonego czasu




Siedziała na ramie roweru, którego kierownicę trzymały mocne ręce mężczyzny. Powinna wiedzieć, że jest bezpieczna, jednak w Jej tętnicach płynął strach. Pomyślała: jak dobrze, że wokół trawa, nie powinnam mocno się potłuc.
Nie spadła, byli już na prostej, strach został.
Nad ulicami chmury tworzyły siwy mrok, brak światła dokuczał i potęgował niepokój. W ogromnym pomieszczeniu, udającym miejsce dla ciepłych spotkań, słuchacze czekali na recytację wierszy autorów dotąd nieznanych. Musiała wyjść… Przecież nic nie zrobiła, niczemu nie jest winna, dlaczego…
Dlatego, odpowiedział Głos, bo twoich nie przeczytają, a cudzych nie rozumiesz!
Co on mówi, przecież wiem, czuję jeśli i ten, kto pisał, nie skąpił duszy.
Na ulicy siwe chmury odkryły stalowe cienie ogromnych ptaków. To dropy nauczyły się latać? Strusie?
Nadlatywały, mnożyły, było ich więcej i więcej, a ludzie zrozumieli, że muszą uciekać.
Znikali w swoich domach.
W tym mieście swojego domu nie miała. Za rogiem stal jeszcze jeden, cudzy, z drewna, białą farbą pomalowany budynek. Drzwi były otwarte. Pędziła schodami, wydawało się Jej, że mogłaby przez ten czas dobiec już do nieba.
Drogę zagrodziły drzwi bez klamki, z gałką. Ktoś mógłby je otworzyć… ale nie bez opłaty.
Na gałce Zbawca zawiesił złoty krzyżyk z łańcuszkiem. Trzeba było wziąć w ręce krzyżyk, by drzwi rozwarły się. Za późno dotknęła krzyżyka, musiała biec schodami w dół. Na ulicy nalot stalowych cieni ptaków narastał.
Pędziła w ciemność.

O trzeciej rano.

Strach siedział w Niej jeszcze jak żywy, namacalny, bezwzględnie realny. Światło w kuchni wzięło się zza niezasłoniętego okna, za którym wartę trzymały uliczne latarnie. Pomagał im słaby w blasku księżyc. Zawsze na stole stoi czuwająca filiżanka. Woda zagotowała się szybko. Poczuła kawę zanim pierwszy łyk rozlał się spokojem. Świadomość, że zaraz się napije – mogłaby wystarczyć. Od razu w głowie stanęła myśl, że oszczędzanie siebie niczemu już nie służy, i spokojnie, bez udziału wątpliwości, może się napić.
Potem dzień pozwolił mgłom chłodem otulać domy i ludzi, jesienne trawy, bezlistne i te kurczowo trzymające ostatnie kolory, drzewa.
Nastrój dnia wciąż mazał po płótnie nocy pędzlem niepokoju, mimo południowego słońca.
Witaj.
Im dłużej jesteśmy, tym więcej wątpliwości zagląda do oczu. Zaczynamy omijać lustra, nie chcemy przyjąć tego co widzą inni, kiedy na nas patrzą. Uczucia zawijamy w szary papier z zapomnienia i mówimy, że jesień jest piękna, ale tylko za oknem. Zostają tajemnice serca.
I skurczony czas...
Listopad wyjątkowy w tym roku. Nie zatrzymamy go. Tak jak nie dało się przywiązać wiosny, lata...
Została kawa. Pozdrowienia.





R., 03.11.2015

środa, 14 października 2015

Pusta dłoń /jesiennie/


Brązowy liść obok żółtego
na ziemi otula kasztany
pozbawione kolczastych łupin
i żołędzie
po które do miasta
nie wejdzie zwierzyna.
Wiatr prawie nie napina
białych żagli,
zapadły w sen zimowy
przy fiordzie w marinach.
Dzikie wino
uczepione ścian
czerwienią zachwyca oczy.
Złocisty zachód
opuszcza pomarańczową tarczę
za zziębniętymi górami.
Wiatr wyostrzył węch.
Do przewiania
szuka odkrytej ofiary.
Fala zimna,
zmartwiona,
odesłana w samotność,
szuka starego przyjaciela.
Bez myśli
schłodzona dłoń
dosięga kasztana.
Wypadł z niej,
nie wiedzieć - dlaczego?
A miał w niej być na szczęście.
Dobrą wróżbę.
Przepowiednię
nieznanego losu.
Odpędzenie złego.
Miał - lecz wpadł do wody.
Zostawił małe kręgi.
Zniknęły w wieczornej tafli.
Bez zapamiętania.
Na jutro przysięgi.



H., 02.10.2009

środa, 30 września 2015

O tamtym


Kamień da ciepło,
gdy go dłużej obejmiesz.
Trawy wysokie i niskie,
posłuszne wiatrom,
podzielą się muzyką.
Ptak każdą barwę
przedstawi twoim oczom.
Rzeźba przyjaznej chmury,
zamiast niedostępnych chwil,
pięknem okryje,
jak bezpieczną miłością.

Chociaż wiadomo, że fala
przypłynie i odpłynie
- niezłapanej zapragniesz.
Tęsknota zaciśnie duszę,
jej skargę pośle za ten horyzont,
który nie będzie spełnieniem.

Tu czas panem...
Będziesz?
Będę w bezmiarze dali?




R., 05.09.2012

piątek, 4 września 2015

Cisza obudzonego dnia

Dziękuje Wam, Mili, za pamięć. Dziś będę na pierwszej wizycie u onkologów. Dowiem się tam od kiedy zacznę "chemię". Niespodziewanie życie wszystko mi przewartościowało :(
Pogubiłam się w dniach, godzinach, wschodach, zmierzchach i ilościach łez.
Zostawiam kawę, może Ktoś...
Zdrowi bądźcie! 
R., 25.09.2015




Przed nocą mgła osiadła zmęczeniem na wszystkim co ogarniało stęsknione piękna oko.
To dlatego świt, który tak bardzo chciałeś zobaczyć, i przez to sen falował odcieniami nieznanego, i za chwilę przerywał się, by sprawdzić, czy już… nie ukazał świeżo otwartym oczom okolonej trzcinami, łąką a potem lasem – tajemniczej tafli jeziora.
Noc jeszcze mocniej przytrzymała mgłę ramionami czerni, wyciszyła przemoczone ptaki i świerszcze, zapadła.
Mgła bezwolnie okleiła liście drzew i teraz, kiedy świty powinny dzwonić na dzień, ciężkimi kroplami opadała w trawy, między sitowiem i wprost do wody – czyniąc najmilszy hałas, który niedospane uszy chciały słyszeć tak rano. Mokra, lepka – panowała, królowała, rządziła.
Oparty o wilgotną poręcz tarasu sądziłeś, że w końcu podniesie się a ty będziesz tym, który pomoże unieść zasłonę, i razem stłumicie niepokoje. Te, które kłóciły się we śnie i poza nim, i te z minionego nastroju o którym wciąż myślisz, wręcz pożądasz chwil z tamtego, nieznanym wcześniej ciepłem przenikającego, spotkania.
Czas wyznaczony na przyjęcie szczęścia minął, tylko… dlaczego! Przecież myślałeś, że potrafisz nie przeoczyć…
Co z tą mgłą, ruszy się w końcu? Może niech zostanie… krople wciąż opadają, niespiesznie. Jest czas świtania, to nic, że inny od wczoraj. Przecież dasz radę. Może to przepowiednia – ta mgła. Kiedy ustąpi, zobaczysz wszystko od nowa? Ona zniknie, ty zostaniesz. Nie chcesz Jej porównywać z mgłą, bo po co odeszła jak ta kapiąca teraz… a może to nie krople, tylko łzy?
Nawet miła ta wilgoć, Objęła cię całego, takiego, jakim jesteś na zewnątrz i tam, w tym swoim środku, którego nie lubisz wystawiać na pokaz. Już czujesz, że w ostudzonych żyłach krew płynie spokojniej. Jezioro wróciło. Nie ma mgły…
Wracasz, nie zamykasz drzwi, niech powietrze wciąż chłodzi…
Z zamysłem, postanowieniem, że musi  trwać długo, to parzenie kawy, na złość Jej, bo wiesz, że lubi filiżanki -  najpierw zdejmujesz z półki największy kubek, jaki znalazłeś. Mija czas i dopiero potem zapach świeżej, cudownej – wybiega w ciszę rozbudzonego dnia.
Po skrajnej desce tarasu kroczy zamyślony kos.




R., 16.08.2011

sobota, 29 sierpnia 2015

w melodii starego romansu





ostrzem  po duszy
a to prosto w serce
romanse przed  kratą zegarów
za nią oczy kobiety
wyblakłe w mijaniu
czas  pokazał gdzie miejsce

za wszystkim tamtym
dziś płacze
odrzuca
starcze szczęście
jeszcze pamięta lato

werk został
wskazówki kpią
gdzieś dobrze ukryte
nic w zamian
w niepogodnej jesieni

niechby ostatni walc
biały ze wzruszenia

we włosach zamiast szarości
zaczarowana chryzantema





R., 22.08.2013